ea
e Dawno już w mieście drwaił z niego każdy
ea
e Pośmiewiskiem był laudziom na co dzień
CGCG
C Ot wGariat chory nCa wyobrGaźnię
aH7Wiecznie w draodze spóźniH7ony przechodzień
ea Dokąd idziesz pytali go bliscy
ea Z tego bracie to trzeba się leczyć
CGCG A on brał tekturową walizkę
aH7I wychodził swym obrazom naprzeciw mówiąc
ea Gdy malował świat milkł jak zaklęty
ea Kurczył się w skrawek płótna na ramach
CGCG A on pieścił je jak pierś kobiety
aH7W siedmiobarwnych tęcz kreskach i plamach
ea Kiedy skończył wpatrywał się w ciszę
ea By natchnieniem nasycić znów duszę
CGCG A gdy już dał się marszandom wykpić
aH7Pił noc całą by z brzaskiem wyruszyć mówiąc