Wychodzę na rozstaje, w zadumaniu trwam
Pochłonął mnie ich bezmiar, pochłonęła dal
A oczy ich widokiem nasycone są
Ukryte w palto wspomnień cichuteńko drżą
Wychodzę na rozstaje, w oniemieniu trwam
Jak trudno znaleźć w sobie kształt tego kim być mam
Tak ciężko słuchać siebie, tego kim być chce
Tak głośno strach mi szepce, że mogę zboczyć źle
Wychodzę na rozstaje, w osłupieniu trwam
Gdzie dojdę, którędy i po co co dnia dokądś dążyć mam?
Nasycę drogą siebie, pomyślę, dokąd iść
Wyznaczę sobie ścieżkę, z którą zmierzę się dziś